"Na Akropolu"
Na Akropolu siedziałem ja krótkotrwały Wśród Czasu nieubłaganie kruszącego kamień, Słyszałem jak przeszyty Październik zakrzyknął Gdy Cztery Wiatry rozrzuciły z hukiem Płatki skamieniałego śniegu. Widziałem spowitą w białe płótno Nike Zwiniętą jak zwierzę kopalne - Jej powiewną szatę, rozwiązany sandał, Zachód słońca ogrzewał stogi siana; Rozpostarła się szata ziemi, A Kariatydy stały w powietrzu Podtrzymując niebo, Wokół nich jutrznia i bursztyn, Jak jedwabiste trąbki walczące o przewagę. Jak bogaty w sen o miłości Tam byłem, O wysokie miasto! Dumny i pyszny, że właśnie ja, Zaledwie młodzieniec Mogłem nakryć stół dla Zeusa - Obrus, zastawę srebrną i pokarm Położono na stalowym stole W małej izbie. A teraz siedziałem w bezmiernej twej ekspansji w czasie Dziękując Bullfinchowi i Will Durantowi Ich Atenie i Siedzącej Demeter, I wszystkim dawcom snów Że Olimp to nie miejsce Gdzie młodzież tylko usługuje A w starości nie siada za stołem. Noc była odpowiednia! Włączono chyba wszystkie wtyczki nieba Noc była czarna i biała - A księżyc jak pierś kobiety Karmił Partenon do syta. Szybko krążyłem wśród filarów Jak duch wijący się w przód i w tył, Szczęśliwy tygrys Sambo, magnes trzymany przez niebo - Bez tchu stałem w kolumnę zmieniony przez księżyc, Słuchając lamentu Sofoklesa w dole. Teatr się świecił! A chór zawodził - Widma! Widma w dwu szarych rzędach Kiwające się w przód i w tył i wbiegające By pochwycić coś i uciec; to cofające się znów, Bełkoczące i sylabizujące prastarą skargę - To wszystko z młodych płuc na parterze. z twarzą wciśniętą w filar płakałem Płakałem za mym cieniem tym wiernym strażnikiem Rozpryśniętym na najpiękniejszej posadzce świata.